Miłość z włoską pizzą w tle


Witold Wantoch Rekowski

bułgarChociaż on jest Bułgarem a ona Polką poznali się w Niemczech. Wspólnie pracowali we włoskiej restauracji. Ich miłość dojrzewała razem z ciastem na pizze, w zapachu śródziemnomorskich przypraw i gorgonzoli. Zasmakowali jednak w sobie i postanowili z Kaszubami związać wspólne życie.

Dimitar Genchev pochodzi z przedmieść Plovdiv, trzeciego co do wielkości miasta w Bułgarii. - Z wykształcenia jestem mechanikiem maszyn rolniczych. Kiedy miałem 24 lata, w ramach programu praktyk wyjechałem na 3 miesiące do Niemiec. Miałem poznać zmechanizowanie tamtejszego rolnictwa. Trafiliśmy jednak do gospodarza, który traktował nas jak tanią siłę roboczą. Szybko miałem tego dość. Poprosiłem o zmianę miejsca. Z kolejnym rolnikiem dogadywaliśmy się dużo lepiej. Zrobiłem mu nawet przyczepę do wożenia słomy dzięki czemu zaoszczędził 9 tys. euro. Chciał nawet, abym został na dłużej. Wróciłem jednak do Bułgarii - opowiada Dimitar. Przypadek sprawił, że po kilku miesiącach zadzwoniła do niego znajoma, która pracowała we włoskiej restauracji w Niemczech. - Potrzebowali kogoś do pomocy. Nie miałem doświadczenia, ale pomyślałem, że jest okazja do zarobienia i pojechałem - mówi Dimitar.

 

 

BułgarJego „kucharska” kariera rozpoczęła się od mycia naczyń i przygotowywania produktów. Szybko jednak awansował i zaczął sam serwować posiłki. - Robiliśmy głównie pizze. Codziennie przygotowywaliśmy ich duże ilości, dlatego tę sztukę opanowałem do perfekcji. To, co sprzedaje się w Polsce, często oprócz nazwy nie ma nic z nią wspólnego. Podstawowa różnica to ciasto, które jest za grube i za bardzo przypominające chlebowe. Powinno być twardsze i cienkie - mówi rzeczowo od razu przechodząc do przepisu na ciasto do pizzy. - Na ok. 100-gramową porcję potrzeba kostkę drożdży, oliwy i mąki, najlepiej włoskiej, dużo soli. Aby spód był chrupiący ciasto musi dojrzewać ok. 20 godzin. To cała tajemnica - mówi Dimitar.

bułgarDzięki pracy we włoskiej restauracji poznał nie tylko sztukę robienia pizzy, ale również swoją przyszłą żonę. - Do pracy w Niemczech jeździłam jeszcze jako studentka. Podczas drugiego pobytu trafiłam do restauracji, w której pracował Dimitar. Tak się poznaliśmy. W kolejnych latach już sam załatwiał potrzebne dokumenty, abym do niego przyjeżdżała - mówi Agnieszka, od kilku lat żona Dimitara. Ślub wzięli, gdy była jeszcze na studiach. - Przez cztery miesiące pracowaliśmy razem w restauracji w Niemczech. Było bardzo ciężko. Wolne mieliśmy tylko w środy, więc brakowało czasu dla siebie. Po czterech miesiącach postanowiliśmy wracać - mówi Agnieszka. Tak znaleźli się w liczącym kilka domów Łąkiem w gminie Studzienice. Był rok 2007. - Udało mi się zdobyć pracę w wyuczonym zawodzie nauczyciela matematyki. Naszym głównym celem stało się znalezienie zajęcia dla Dimitara - wspomina jeden z trudniejszych okresów w ich życiu. - Gdy przyjechałem tu po raz pierwszy Kaszuby bardzo mi się spodobały. Wszędzie lasy, jeziora. Ludzie bardzo gościnni, jednak jak się szybko przekonałem, nieufni wobec obcych. Chociaż Bułgaria właśnie znalazła się w Unii Europejskiej, bytowscy pracodawcy z dużym dystansem podchodzili do obcokrajowca. Tym bardziej że słabo mówiłem po polsku. To utrudniało mi poszukiwanie zajęcia. Po kilku miesiącach wciąż byłem bezrobotny. Myślałem już, że nigdy niczego nie znajdę. Wraz z nadzieją traciłem chęci - wspomina Dimitar. W końcu szczęście się do niego uśmiechnęło. Znalazł posadę przy produkcji betonu komórkowego w Osławie Dąbrowie. - Miałem prawo jazdy na samochody ciężarowe, dlatego po jakimś czasie z linii produkcyjnej przeniesiono mnie na stanowisko kierowcy. Teraz moje zajęcie jest nawet zbliżone do wyuczonego zawodu - mówi z uśmiechem Dimitar stawiając na kuchennym stole butelkę rakii. Tradycyjnej bułgarskiej wódki. - Za każdym razem gdy odwiedzam rodziców przywożę kilka butelek. Robi się ją z owoców. Najczęściej śliwek lub moreli. Ta to akurat moja produkcja, z anyżem. W Bułgarii każdy legalnie może robić wódkę. Najpierw trzeba nastawić zacier. Tę część procesu robi się w domu, w beczkach w 1/3 wypełnionych owocami. Najpierw unoszą się na wierzchu. Fermentując zaczynają opadać. To najlepszy moment na destylację. Rakija jest wtedy najmocniejsza - opowiada ze szczegółami Dimitar. W prawie każdej Bułgarskiej miejscowości są legalnie działające destylarnie, gdzie można zrobić wódkę na własne potrzeby. - To tam przynosi się wcześniej przygotowany zacier. Są jednak limity, powyżej których trzeba zapłacić podatek i akcyzę - tłumaczy.

bułgarJego polski jest już zupełnie niezły. Co jakiś czas używa nawet Kaszubskich zwrotów. - Teściowa mówi do mnie tylko po kaszubsku, dlatego chcąc nie chcąc uczę się - żartuje. Dziś już nie zarabia na życie gotowaniem. Jednak lubi i potrafi to robić. Swoim najbliższym najczęściej serwuje coś z kuchni bułgarskiej, specjały, które przygotowywała jego mama. Po małym kieliszku rakii apetyt wszystkim się zaostrzył. Dimitar zaproponował, że zrobi tilapię duszoną z warzywami: porem, cebulą, papryką i marchewką. - W Bułgarii bardzo często dodajemy też oliwki - mówi przygotowując deskę do krojenia warzyw. Spod noża wyskakują równe kostki cebuli, papryki i pora. Kolorowa mieszanka pomału wypełnia dno blachy do pieczenia. - Lubimy dużo przypraw. W każdej kuchni króluje czubryca. To dodatek prawie do wszystkiego - mówi Dimitar otwierając i dając do powąchania torebkę tej popularnej bułgarskiej przyprawy. Po całej kuchni rozchodzi się apetyczny zapach mieszaniny ziół i przypraw. Głównym składnikiem jest cząber górski występujący tylko w okolicach Morza Śródziemnego. Dimitar szybko wraca do pracy. Na pokrojonych warzywach układa starannie filety z tilapii. - Aby ryby podczas pieczenia nie wyschły dobrze jest natrzeć je olejem. Podobnie robi się z mięsem, np. mielonymi klopsikami - mówi.

W czasie kilku lat pracy we włoskiej restauracji zgłębił kilka ważnych zasad, które dziś wykorzystuje we własnej kuchni. - Rybę najpierw smaży się od strony brzucha. To po to, aby kawałki nie zwijały się na patelni. Wtedy ładniej wyglądają na talerzu - tłumaczy. Gdy płaty tilapii szczelnie zakrywają ułożone na dnie naczynia warzywa, całość zalewa białym wytrawnym winem. - Oczywiście najlepsze jest bułgarskie. Produkujemy go znacznie więcej niż rakii - wtrąca nie przerywając pracy. Na końcu przychodzi pora na przyprawy. Wśród nich oczywiście nie mogło zabraknąć czubrycy. - Aby lepiej było czuć jej smak można dodać jeszcze trochę na końcu pieczenia - radzi. Na wierzch trafia jeszcze warstwa tartej marchewki. - Musi być na górze, bo potrzebuje więcej czasu aby zmiękła. Na to dobrze dodać trochę masła, by ryba była bardziej soczysta - dodaje przykrywając wszystko folią aluminiową. Żaroodporne naczynie trafia do rozgrzanego piekarnika. - Za ok. 45 minut ryba powinna być gotowa - mówi wycierając stół.

bułgarGdy zapach duszonej ryby z warzywami zaczyna roznosić się po kuchni Dimitar zdradza, że w zanadrzu ma jeszcze sztandarowe danie Bułgarskiej kuchni. Banicę. Do jej zrobienia niezbędne jest kori, specjalne, cienkie jak pergamin ciasto. - Chociaż składa się jedynie z mąki, wody i soli, w Polsce nie można go kupić. Dlatego zawsze przywożę z domu odpowiedni zapas - mówi rozkładając na stole potrzebne składniki. Opakowanie kori, ser feta, jogurt naturalny i jajka. Wtedy koło kuchennego stołu pojawiają się jego córki, które zasmakowały w banicy przygotowywanej przez ojca. - Można ją zrobić na słono, ale też na słodko, jako deser - mówi otwierając opakowanie z fetą, najważniejszy składnik farszu. Rozdrabnia ją widelcem, dodaje kilka jajek i miesza. - Robimy to tak długo, aż uzyskamy jednolitą masę - mówi Dimitar energicznie mieszając. Gdy żółtawa masa jest prawie gotowa dodaje kilka łyżek jogurtu naturalnego i oleju. Tymczasem z piekarnika coraz intensywniej wydobywa się zapach dania głównego tego wieczoru. Dimitar starannie rozpakowuje przywiezione z Bułgarii kori. Każdy ze zwiniętych w rulon płatów cieniutkiego ciasta przełożony jest pergaminem. To zapobiega ich sklejeniu. Nasz gospodarz z ostrożnością rozkłada na stole płaty rozsmarowując na nich wcześniej przygotowany farsz. Potem zawinięte jak naleśniki jeden po drugim lądują w żaroodpornym naczyniu. Ułożone obok siebie przypominają pofałdowany, naleśnikowy tort. Na wierzch trafia też reszta farszu. Rozgrzany do 250 stopni C piekarnik już czeka, więc całość ląduje w jego wnętrzu. - Za jakieś 20 minut, gdy wierzch banicy delikatnie zbrązowieje, będzie gotowa - mówi Dimitar.

Kilka minut po tym jak dzwonek kuchenki zasygnalizował koniec pieczenia zasiadamy do stołu. Na jego środku czekają na nas dymiąca jeszcze tilapia w mieniących się zielenią, czerwienią i pomarańczem warzywach oraz złota banica. Do tego Dimitar wyciąga słoiczek lutenicy, sosu z pomidorów i papryki. Z apetytem zabieramy się do jedzenia. Bułgarskie smaki i tym razem przypominają Dimitarowi rodzinny dom oddalony prawie 2 tys. km od Łąkiego, gdzie teraz mieszka wraz ze swoją rodziną.