Bo Bretończyk jest jak Kaszuba


Sylwester Pięta

Rozmawiamy z polsko-francuskim małżeństwem Elżbietą i Serge Clement

Pani pochodzi z Polic, pan z francuskiego Saint-Nazaire. Przez 25 lat mieszkaliście we Francji, ale na emeryturze wylądowaliście w Bytowie. To chyba dość zawiła historia...

Elżbieta: Serge w połowie lat 80. został skierowany z Francji do pracy w Zakładach Chemicznych w Policach. Miał nadzorować wdrażanie nowoczesnych technologii. I właśnie w Policach się poznaliśmy. To dość dziwna historia. Siedziałam w restauracji z moim byłym mężem, który na studiach poznał język francuski. Gdy usłyszał rozmawiających w tym języku mężczyzn, zaprosił ich do stolika. Jak się później okazało na swoje nieszczęście... Tego dnia poznałam bowiem Serge'a.

A jak trafiliście do Bytowa?

Serge: Zupełny przypadek (śmiech). Gdy zbliżałem się do emerytury zaczęliśmy rozglądać się za mieszkaniem w Polsce. Naszym marzeniem było, aby po zakończeniu pracy przeprowadzić się do kraju, z którego pochodzi żona. Szukaliśmy spokojnego miasteczka, w czystej okolicy, bez wielkiego przemysłu. Tak się złożyło, że poprzedni właściciel naszego dzisiejszego mieszkania, oprócz zdjęć pokojów, dołączył wiele fotografii samego Bytowa i okolic. Tereny przypadły nam do gustu, więc zaczęliśmy czytać o Kaszubach. W końcu przyjechaliśmy do Bytowa, obejrzeliśmy mieszkanie i zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę.

 

Trudno było opuścić Saint-Nazaire? Spędziliście tam niemal pół życia...

Elżbieta: Zostawiliśmy tam cały swój dobytek. Przez 25 lat uzbierało się tego trochę. Tutaj zaczynaliśmy wszystko od zera, od kupowania talerzy i łyżek. Mąż mnie pocieszał jeszcze we Francji, że gdy tu przyjadę, będę miała wszystko nowe. Ale przecież człowiek przyzwyczaja się nawet do zwykłych rzeczy (śmiech).

Ludzie pewnie sądzili, że wybrali państwo Bytów, bo pani stąd pochodzi?

Elżbieta: Tak! A ja zawsze mówiłam „a gdzie tam!”. Urodziłam się w Bieszczadach. A więc z Kaszubami nie mam nic wspólnego. Choć akurat mąż powtarza zawsze, że Kaszubi są podobni do Bretończyków. On sam jest Bretończykiem. Mają swój język, swoją kulturę. Poza tym blisko do morza. To trochę taki kraj w środku kraju. No i charakter taki sam. Jak cię polubią, to jesteś swój chłop, ale na początku długo traktują jak obcego.

Od waszego przyjazdu minęło 5 lat. Cieszycie się czy żałujecie, że wybraliście Bytów?

Elżbieta: Nie żałujemy. Mamy dobrych sąsiadów, z mieszkania widzimy las. Dzieli nas od niego kilkaset metrów. Nie brakuje więc miejsc na spacery z psami. Blisko jest do centrum. Bytów świetnie nadaje się do życia na emeryturze.

No aż tak idealnie to chyba nie jest...

Elżbieta: Oczywiście są i mankamenty. Najbardziej zwracam uwagę na służbę zdrowia, choć to problem nie tylko bytowski. We Francji w klinice leżałam raz. Pamiętam, że osoba odpowiadająca za catering przychodziła przed obiadem z 3 zestawami do wyboru. Pytała pacjentów, który sobie życzą. Rybny, mięsny, a może warzywny. Do tego karafka czerwonego wytrawnego wina albo woda. Opieka była świetna. Mam nadzieję, że kiedyś podobnie będzie w Polsce.

A podsumowując? Ocena jest pozytywna?

Serge: Oczywiście, że pozytywna. Mam wspaniałych sąsiadów, żona fajne koleżanki i co najważniejsze, pieski dobrze się tu czują (śmiech).

Wyjechałaby pani raz jeszcze do Francji?

Teraz nawet gdyby mi płacili, chyba bym nie wróciła. Tam przez 25 lat mieszkałam w jednym miejscu i z sąsiadami ledwo znaliśmy się na „dzień dobry”. Tylko „bonjur, bonjur” się mówiło. Tutaj inaczej, ludzie żyją bliżej siebie. Jest po prostu przyjemniej.

Zahaczmy o tematy kulinarne. Tu różnic jest pewnie zdecydowanie więcej.

Polskie śniadania zupełnie różnią się od francuskich. W Polsce na pierwszy posiłek można zjeść i kiełbasę, i jajka, i ser. A we Francji królują croissanty albo crêpe, czyli naleśniki. Inna jest także pora obiadu. W Polsce ludzie jedzą go zazwyczaj po powrocie z pracy. Tymczasem tam gdzie mieszkaliśmy pomiędzy godzinami 12.00 a 14.00 wszystkie instytucje były zamknięte właśnie po to, aby pracownicy mogli spokojnie udać się do domów na obiad. Przerwa obowiązywała także uczniów.

A w samym sposobie gotowania można także dostrzec różnice?

Serge: Tak. W Polsce jest chyba tak samo jak w Niemczech. Gdy się gotuje np. mięso czy warzywa, to wszystkie wrzuca się do jednego garnka. Tymczasem we Francji każdy składnik potrawy gotuje się osobno. Nie może być tak, że razem gotuje się białe i czerwone mięso, bo potem wszystko ma taki sam smak. Podobnie jest z warzywami.

Elżbieta: Francuzi nie znieśliby nawet smażenia różnych rodzajów mięsa na jednej oliwie. Wszystko musi być oddzielnie.

We Francji jedzenie posiłku to podobno prawdziwa celebra, u nas niekoniecznie...

Elżbieta: Gdy spotykaliśmy się ze znajomymi na obiedzie czy kolacji to trwały one nierzadko 4 godziny. Najpierw podaje się aperitif na pobudzenie apetytu, potem na stole lądują zimne przekąski, następnie danie główne, potem znów różne rodzaje sera, bagietki, czerwone wytrawne wino, coś zimnego na deser i na koniec odrobina koniaku na dobre trawienie. Spotkania są tak długie, bo ich istotą nie jest samo jedzenie. Najważniejsze to właśnie celebrowanie wspólnie spędzanego czasu. Nawet odstępy pomiędzy poszczególnymi daniami są dość duże. Warto też zaznaczyć, że po każdej z tych części stół jest sprzątany. Każdy element jest dokładnie oddzielony. Stoją na nim tylko te talerze, które są potrzebne w danym momencie. Nie tak, jak czasami w Polsce na różnych spotkaniach, że obok śledzi stoi tort. Stół w zasadzie jest cały czas pusty.

Wielu Polakom kuchnia francuska kojarzy się głównie z jadaniem żab i ślimaków. Francuzi rzeczywiście często je jedzą?

Elżbieta: Jedzą, choć może nie tak często. Ja jadłam i bardzo mi smakowały.

Serge: Oczywiście, że jedzą, ale nie całe żaby tylko ich udka (śmiech). Można je kupić zamrożone w markecie. Podobnie ślimaki - je można kupić przyrządzone. Ale pamiętam, że gdy byłem mały moja mama sama je przygotowywała. Gdy np. siostra się zaręczyła, mama wyprawiła huczną zabawę. Dużo wcześniej zaczęła przygotowywać ślimaki. Najpierw bowiem trzeba je zostawić na 2-3 tygodnie w miejscu, w którym nie mają dostępu do jedzenia, by pozbyć się całego śluzu. Potem razem ze skorupą gotuje się w słonej wodzie. Po niecałej godzinie ślimaka wyciąga się ze skorupki i przez kolejną godzinę gotuje w czerwonym winie. Potem znów chowa się do skorupki i dodaje do niego farsz z masła, czosnku i pietruszki. Po prostu palce lizać!

W Polsce jest szansa, aby dostać jakieś oryginalne, francuskie przysmaki?

Serge: W Bytowie mamy z tym raczej problem. Lepiej jest np. w Gdańsku, choć i tam, co oczywiste, trzeba liczyć się jedynie z mrożonymi produktami. Czasami nieco nam brakuje świeżych francuskich przysmaków, ale nie po to przeprowadziliśmy się do Polski, żeby korzystać z francuskiej kuchni (śmiech). W Polsce także można smacznie zjeść!