W Bytowie znalazłem swoje miejsce na ziemi


Sylwester Pięta

Rozmawiamy z Adoumem Nouarem Yassirem, lekarzem, który kilka lat temu trafił do Bytowa

Pytanie o to, jak pan trafił do kaszubskiego miasta, jest chyba zasadne...

No tak, moja droga do Bytowa była dość długa i skomplikowana. Zacznę może od tego, że urodziłem się w Czadzie, niedaleko granicy z Sudanem. I to właśnie do tego drugiego kraju postanowił przeprowadzić się mój ojciec, gdy miałem kilka lat. Powód był prosty. W Sudanie oświata stała na zdecydowanie wyższym poziomie. Tam ja i moje rodzeństwo mieliśmy szansę na zdobycie porządnego wykształcenia. Zarówno ja, jak i 10 moich braci oraz sióstr zdaliśmy maturę. Większość kontynuowała naukę na studiach. Jedna z moich sióstr jest informatyczką, druga kończy w tym roku studia geograficzne i pedagogiczne, trzecia jest inżynierem rolnictwa, a czwarta studiuje medycynę. Mam także brata inżyniera elektroniki oraz drugiego, który skończył administrację.

Skąd taka pogoń do zdobywania wiedzy i fachowych zawodów?

To zasługa naszego ojca. Dzięki niemu zrozumieliśmy, że tylko dzięki nauce możemy coś osiągnąć. Tak jak wspomniałem, ojciec był gotów nawet na przeprowadzkę do innego kraju, by dać nam wykształcenie. On sam był samoukiem, bo nasz dziadek a jego ojciec chciał, by zajmował się gospodarką. Tata miał inne plany i po prostu uciekł z domu. Potem musiał przez jakiś czas sam się utrzymywać, by skończyć liceum.

Wróćmy do pana. Zdał pan maturę w Sudanie i co dalej?

Mój wujek mieszkał w tym czasie w Polsce. To był 1992 r. Chciał, żebym został lekarzem i uznał, że tu jest większa szansa, aby to osiągnąć. Dzięki niemu udało mi się załapać do programu dla studentów z Afryki. Umożliwiał przyjazd do Polski, naukę języka, a potem rozpoczęcie studiów. No i przez pierwszy rok uczyłem się języka w Studium Języka Polskiego dla Cudzoziemców przy Uniwersytecie Łódzkim. Na pewno w ciągu tych 12 miesięcy nie nauczyłem się polskiego perfekcyjnie. To był jednak poziom, który pozwolił rozpocząć studia.

Nawet medyczne, na których słownictwo jest wyjątkowo skomplikowane?

Tak, choć na początku było trudno. Na Akademię Medyczną w Białymstoku trafiłem nie przez przypadek. Wśród obcojęzycznych studentów panowało przekonanie, że osoby słabiej znające język polski mogą tam liczyć na pomoc. Nie mam tutaj na myśli taryfy ulgowej. Musiałem uczyć się jak każdy inny. Chodzi o to, że wykładowcy podchodzili do nas ze zrozumieniem, wiedzieli, że jest nam trudniej. Czasami polegało to np. na dodatkowej możliwości zaliczenia egzaminu. Ale i tak przez pierwsze trzy lata było bardzo trudno.

Po zakończeniu studiów od razu trafił pan do Bytowa?

Nie, wtedy rozpoczął się chyba najgorszy dla mnie okres w Polsce. Miałem za sobą staż, ale żeby stać się „pełnoprawnym” lekarzem, musiałem odbyć specjalizację. Jej zdobycie trwa jednak cztery lata. Tymczasem Ministerstwo Zdrowia orzekło, że mogę rozpocząć specjalizację, ale bez prawa zarobkowania. W normalnej sytuacji lekarz stażysta specjalizację zdobywa podczas pracy w szpitalu. Tymczasem ja miałem wykonywać to samo, co inni, ale za darmo! Próbowałem interweniować w podlaskiej Izbie Lekarskiej, ale urzędnicy byli nieubłagani. Przez kilka miesięcy moje życie wyglądało tak: od godz. 7.00 do 15.00 pracowałem w szpitalu. Potem szedłem do restauracji, gdzie do godz. 22.00 albo i dłużej zmywałem naczynia. Zarabiałem 3,25 zł za godzinę. Całe weekendy także spędzałem na zmywaniu naczyń, żeby mieć się z czego utrzymać i za co opłacić pokój wynajmowany od starszej pani. Po kilku miesiącach takiej harówki organizm zaczął jednak odmawiać posłuszeństwa. Zrezygnowałem ze specjalizacji, bo po prostu nie dawałem rady i nie miałem z czego żyć. Musiałem wybrać - albo inna praca, albo powrót do Sudanu. Na szczęście przypomniało mi się, że podczas jednego ze szkoleń rozmawiałem z doktorem Józefem Myszką. Zaoferował, żebym zwrócił się do niego, jeśli potrzebowałbym pomocy lub szukał pracy. Tak też zrobiłem.

I tak trafił pan do Bytowa?

Tak. Józek w 2006 r. zaproponował mi pracę lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. Do wykonywania tego zawodu miałem prawo po ukończeniu stażu. Tutaj zresztą wszystko się zmieniło. Nagle okazało się, że w pomorskiej Izbie Lekarskiej nie widzieli najmniejszego problemu, abym zdobywając specjalizację normalnie pracował i zarabiał. W Bytowie w zasadzie udało mi się ułożyć życie na nowo. Obecnie kończę specjalizację medycyny rodzinnej.

Wielu czarnoskórym osobom mieszkającym w Polsce lata 90. nie kojarzą się zbyt dobrze. Doświadczył pan rasizmu?

Tak. W Białymstoku nie było łatwo. Wiele razy spotykałem się z rasizmem. Wyzwiska typu „murzyn” czy „asfalt” były niemal na porządku dziennym. Na pewno nie mogę powiedzieć, że wszyscy traktowali mnie tam jak zwykłego mieszkańca. Po przyjeździe do Bytowa te problemy zniknęły jak ręką odjął. Ani na ulicy, ani w pracy nie spotkałem się choćby raz z niemiłym przyjęciem. Przeprowadzka do Bytowa z Białegostoku była jakby przeprowadzką do innego świata. Myślę, że mogę spokojnie powiedzieć, że znalazłem tu swoje miejsce na ziemi.

Powiedziałby pan o sobie dzisiaj „jestem bytowiakiem”?

Nie. Tak jeszcze bym nie powiedział. Ale nie dlatego, że źle się tu czuję. Myślę, że do takiej deklaracji po prostu trzeba dojrzeć. Moim zdaniem nie każdy, kto wprowadza się do Bytowa, może powiedzieć od razu, że jest bytowiakiem. Czuję się tu świetnie, poznałem fantastycznych ludzi. Być może kiedyś tak o sobie powiem (śmiech).

Wśród wielu osób panuje przekonanie, że Afryka to region bardzo zacofany, w którym o zdobyczach cywilizacji mało kto słyszał. Czy różnica pomiędzy Polską a np. Sudanem jest rzeczywiście aż tak ogromna?

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że inaczej wygląda życie w Chartumie, który jest stolicą Sudanu, a inaczej na prowincji. Gdy wyjeżdżałem stolica, co oczywiste, była o wiele bardziej rozwinięta niż pozostałe części kraju. Ale nawet pomiędzy Chartumem a polskimi miastami była prawdziwa przepaść. Zarówno jeśli chodzi o infrastrukturę - drogi, mosty, budynki, jak i rozwój technologiczny - telefony, o internecie nie wspominając. Ale kraje Afryki zaczynają, co prawda powoli, nadrabiać zaległości. Niedawno zacząłem rozmawiać z moją rodziną przez Skype'a, w co szczerze mówiąc jeszcze teraz trudno mi uwierzyć (śmiech). A jeszcze jakiś czas temu zwykłe dodzwonienie się stanowiło ogromny problem.

A wszechobecny głód, o którym tak wiele się mówi?

To także zależy od regionu. Są miejsca, gdzie jedzenia rzeczywiście brakuje i ludzie z tego powodu cierpią. Na szczęście tam, gdzie ja mieszkałem, nigdy z pożywieniem nie było kłopotu.

A czym żywią się mieszkańcy Sudanu?

Pod tym względem Polska i Europa bardzo różnią się od krajów Afryki. Często mówię, że tutaj jest kultura jedzenia, a w Sudanie jest kultura picia. I nie mam na myśli bynajmniej alkoholu, który jest tam zabroniony. Powodem jest oczywiście klimat. W Sudanie, gdzie praktycznie bez przerwy panują upały, podstawą jest odpowiednie nawadnienie organizmu. Dlatego ludzie bardzo dużo piją. W upale człowiek nie ma też tak dużego apetytu, jak gdy jest zimno. Duży posiłek je się tylko raz dziennie. Rzadko składa się z mięsa, częściej to ryż lub kasza z sosem. Ten sos nie jest jednak przygotowywany tak jak w Polsce, czyli na bazie mięsa, ale raczej na podstawie warzyw - bamii (okry) albo roślin strączkowych lub soczewicy. Rano spożywa się niewielkie placki podobne do pączków, a w szkole na przerwie śniadaniowej dzieci jedzą dosłownie po jednej kromce chleba z bakłażanem i masłem orzechowym lub sezamowym. Popularna jest także pasta z bobu. A do picia podaje się zazwyczaj wodę z kawałkami cytryny. Dlatego też drzewka cytrynowe na tyłach swoich domów ma w zasadzie każda rodzina. Są też regiony, gdzie mieszkańcy piją głównie napoje regionalne - np. przypominającą herbatę malwę sudańską, karkade.

Mięsa rzeczywiście je się w Sudanie mało?

Większe ilości mięsa spożywa się bardzo rzadko. Okazją są różnego rodzaju święta albo np. wesele. Ze względów religijnych wieprzowiny w Sudanie nie ma w ogóle. Używa się głównie baraniny, wołowiny i drobiu. Opowiem np. o święcie bagram na pamiątkę tego, jak Abraham był gotów ofiarować swojego syna Bogu. Tego dnia każda rodzina, którą na to stać, zabija swojego barana. I co ciekawe, nie robi tego rzeźnik. Każda rodzina musi zrobić to sama. Ale, tak jak wspomniałem, nie każdego stać na zakup tego zwierzęcia. Dlatego też ci, którzy barana kupują, muszą podzielić się mięsem, które z niego pozyskują, z rodzinami biednymi. To wręcz nakaz, aby połową zwierzęcia obdarować innych.

Wspomniał pan o braku alkoholu. Rzeczywiście w ogóle się go nie używa w Sudanie?

W Polsce to chyba nie do pomyślenia, ale w mim rodzinnym kraju alkoholu nie ma nawet na ślubach (śmiech). Po prostu nie ma kultury jego picia. Ludzie nawet nie odczuwają takiej potrzeby, bo w zasadzie alkoholu nie znają. I dzięki temu potrafią się bawić bez niego. Choć muszę przyznać, że jest także „podziemie”, gdzie można nabyć regionalny bimber. Znajdują się chętni, choć za picie grozi kara więzienia.

Przyjazd do Polski był pod tym względem szokiem?

Nie. Odczułem raczej szok klimatyczny. Co do alkoholu, to wiedziałem, że ludzie w Europie go piją. Przyznam jednak, że lekko przeraziły mnie ilości różnych trunków, jakie niektórzy potrafili w siebie wlać. Pamiętam, że w akademiku w piątki i soboty wychodząc na korytarz można było upić się od samych oparów. A korytarze niemal usłane były porozbijanym szkłem. Mój kolega postanowił udowodnić studentom z Polski, że można dobrze bawić się także bez alkoholu. Przygotowywał gry, zabawy, tańce i muzykę wywodzące się z Afryki. Niektórzy z lekkim zdziwieniem, ale przyjmowali, że można tak się bawić. I to całkiem dobrze, bo zawsze śmiechu było co niemiara.