Wrócił do korzeni


Witold Wantoch Rekowski

niemiecDowodzi armiami, choć nie jest nawet żołnierzem. O tym, że nosi nazwisko jednego z kaszubskich rodów - Fiszka Borzyszkowskich - dowiedział się jako dorosły już człowiek. Gdy przyjechał, poczuł więź z tą ziemią. Tu poznał przyszłą żonę i stanął na ślubnym kobiercu w tym samym kościele w Ugoszczy co jego dziadek kilkadziesiąt lat wcześniej.

Arne Wischa von Borczyskowskiurodził się i mieszkał w Westfalii. - Gdy dorastałem, znajomi i koledzy z powodu nazwiska coraz częściej pytali, czy jestem Polakiem. Zawsze zaprzeczałem. Dziwiłem się. Nie miałem przecież nic wspólnego z Polską. Z tego co wiedziałem, ja, moi rodzice, nawet dziadkowie urodzili się w Niemczech. W domu rozmawialiśmy po niemiecku. Rodzice nic nie wspominali o Polsce - opowiada Arne. Tę po raz pierwszy odwiedził w 1998 roku. - Zmieniła się polityka, bardziej otworzono granice. Studiowałem już, gdy rodzice zaproponowali, aby zobaczyć miejsce, skąd pochodził dziadek. Bernsdorf, a dzisiaj Ugoszcz, przed wojną należał do Niemiec. Jego ojciec w połowie XIX wieku był tam listonoszem, a wujek mojej babci Józef Weilandtod 1930 rokuproboszczem katolickiej parafii. Został pochowany przy kościele w Ugoszczy. Byłem ciekawy historii mojej rodziny, dlatego z chęcią pojechałem - opowiada o swoich pierwszych kontaktach z Kaszubami.

 

niemiecOd razu poczułem, że coś łączy mnie z tym miejscem. Tu nadal mieszkała część moich krewnych. Nawet jedzenie wyjątkowo mi odpowiadało. Wokół dostrzegłem niemiecką historię, architekturę. Spodobało się również rodzicom, więc zaczęliśmy odwiedzać Kaszuby regularnie. Nawet 3-4 razy w roku - mówi Arne, a w tym czasie jego żona Elżbieta, nauczycielka języka niemieckiego, w kuchni przygotowuje jedno z ulubionych dań męża, czyli königsberger klopse.Ich smak przypomina mu rodzinne obiady w domu w Westfalii. - Ojciec robił je według receptury babci, która pochodziła spod Malborka - tłumaczy Arne. - Pod koniec II wojny światowej moi dziadkowie byli młodym małżeństwem. Bali się zbliżającego frontu, dlatego wraz z innymi ówczesnymi mieszkańcami Ugoszczy wyjechali na teren amerykańskiej strefy okupacyjnej. Dziadek miał dużo sióstr. Połowa, tak jak i on, wyjechała. Rodzice opowiadali, że dziadek nie znał polskiego, za to mówił po kaszubsku - wspomina Arne, który już kilka lat temu zaczął uczyć się polskiego.

niemiecPrzenosimy się do kuchni, skąd dochodzą kuszące zapachy. Jego żona w garnku miesza klopsiki z mielonego mięsa, zatopione w kaparowym sosie. Obok w drugim garnku gotują się już ziemniaki, a w kolejnym marchewka z groszkiem. Poznał Elżbietę kilka lata temu przy okazji jednej z kolejnych wizyt na Kaszubach. - Przyjeżdżając tu, często mieszkaliśmy w jednej z kwater agroturystycznych w gminie Lipnica. W 2003 roku z rodzicami spędzaliśmy tam sylwestra. Właścicielka zaprosiła na imprezę swoją koleżankę, która doskonale znała język niemiecki. Bawiliśmy się całą noc. I tak zaczęliśmy się spotykać. Teraz podejrzewam, że Ela z koleżanką to wszystko ukartowały - mówi, uśmiechając się do żony, która właśnie wyciąga z kuchennej szafy zastawę.
- Kończyłem studia w Niemczech, żona mieszkała tutaj. Dzieliło nas tysiąc kilometrów. Pomyślałem, że będę robił tak samo jak Polacy, którzy trzy miesiące pracują w Niemczech, a kolejne trzy spędzają z rodziną. Było ciężko. Po trzech latach zdecydowaliśmy się wziąć ślub. Wybraliśmy kościół w Ugoszczy. Ten sam, w którym przed wojną przysięgę złożyli moi dziadkowie. Gdy urodziła się nasza córka, przyszedł czas na ważne decyzje. Zdecydowaliśmy, że tak dalej żyć nie można. Postanowiłem przeprowadzić się do Polski i tak zamieszkaliśmy w Studzienicach - opowiada o swoich wyborach Alex. Na chwilę przerwał, bo na stół trafiły gorące ziemniaki oraz waza z königsberger klopse.

Zasiadamy do potraw. Gospodarz przynosi zimne piwo. - Dobre jedzenie w Niemczech zawsze trzeba popić piwem - mówi, otwierając butelkę złocistego napoju. Podczas obiadu wraca do opowieści. - Z zawodu jestem ilustratorem. W ramach pracy dyplomowej robiłem rysunki do książek i artykułów prasowych. Lubię to. Najbardziej rysować ołówkiem i tworzyć żartobliwe komiksy. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że trzeba płacić rachunki, a z rysowania trudno mi będzie utrzymać rodzinę. Zacząłem szukać pracy. Udało się w Prefabecie Osława Dąbrowa przy produkcji betonu komórkowego - mówi Arne. Do ulubionego zajęcia wraca w wolnych chwilach. Jego rysunki zdobią ściany w salonie. - Część powstała na zamówienie mojej żony - mówi z uśmiechem. Nie zrezygnował też ze swojego hobby. Wieczorami maluje miniaturowe figurki żołnierzy z różnych epok historycznych. - Ich zbroje muszą być zgodne z pierwowzorem, dlatego to bardzo żmudna, wymagająca dokładności praca. W swoich zbiorach mam m.in. cynowe odlewy legionów rzymskich i armii napoleońskiej. Są w odpowiedniej skali. Służą do odtwarzania bitew, które zdecydowały o losach świata. Rozgrywane są według ścisłego scenariusza na specjalnie przygotowanych do tego makietach. Gdy ustawi się setki cynowych figurek wraz z uzbrojeniem, wygląda to bardzo realnie, dlatego na całym świecie bawi się w to masę osób. Spotykają się w weekendy. Na przykład rozegranie bitwy pod Waterlootrwa dwa dni. Takie dowodzenie armiami jest bardzo wciągające - mówi Arne, pokazując kolejne półki wojsk napoleońskich czy średniowiecznej konnicy „koszarujące” w kartonowych pudełkach.

niemiecChociaż Kaszuby różnią się od jego rodzinnej Westfalii, nie myśli o powrocie. - Tam, gdzie się urodziłem, mieszka dużo więcej ludzi. Spacerując, co 15 minut trafia się na autostradę lub linię kolejową. Tutaj jest pod tym względem zupełnie inaczej. Jeżdżąc konno w lesie u mojego teścia, który był leśniczym, godzinami nikogo się nie spotyka - mówi Arne.