Duńczyk i Kaszub w jednych chodzą buksach


Witold Wantoch Rekowski

Anders Herner Nielsen przyjechał do Polski budować duńskie chlewnie. Tu poznał żonę, założył rodzinę i uprawia świerki, które umilają święta w domach od Szkocji po Dubaj.

Pochodzi z Jutlandii, gdzie Bałtyk łączy się z Morzem Północnym. Jednak jak twierdzi, nie lubi wody. Nie potrafi nawet pływać. Jego ojciec prowadził gospodarstwo rolne. Sam zainteresował się mechanizacją, która sprawia, że praca na roli staje się lżejsza. - Po szkole pracowałem w firmie, która projektowała i budowała nowoczesne chlewnie. Najpierw wyjechałem na kontrakt do Rumunii. Po powrocie dostałem propozycję pracy w Polsce. Jadąc tu po raz pierwszy nie wiedziałem, czego się spodziewać. Do dziś Duńczycy niewiele wiedzą o Polsce. Znajomi wciąż dziwią się, że jadąc tu nie zabieram ze sobą żywności i najpotrzebniejszych artykułów. Jedynie duńskie sosy, marynowane ziemniaki i lokalne piwo. Są przekonani, że tu jest bieda - śmieje się Anders. Wspólnie z żoną i trójką dzieci mieszka w Studzienicach. Ich dom położony na uroczym osiedlu pod lasem nie różni się niczym od sąsiednich. Wnętrze, choć gospodarze zaprzeczają, swoją surowością i prostotą w formie przypomina klimat mieszkań w północnej Europie. Niemały wpływ na to mają meble, które Anders odziedziczył po swoich przodkach. Język polski przeplata się tu z duńskim. Anders mówi do swoich synów po duńsku, a żona Urszula po polsku. Jak twierdzi kobieta, duński jest za trudny, by się go nauczyć, dlatego poprzestała na kilku słowach. - Duńczycy i Kaszubi mają wiele wspólnego. Nie tylko kilka wspólnych określeń, np. na spodnie również mówimy bukse, ale też podobną mentalność i upodobania kulinarne. Duńczycy tak jak Kaszubi uwielbiają ziemniaki. Z tym, że przygotowujemy je na wiele różnych sposobów, również wekujemy - mówi gospodarz, stawiając na dużym stole w jadalni przystawki do tradycyjnego duńskiego świątecznego obiadu, który dziś sam dla nas przygotował. Na jednym z półmisków wnosi małe, złociste ziemniaczki. Nie mogąc się oprzeć, podkradamy jednego. Ku naszemu zdziwieniu czujemy w ustach słodycz. - W Danii uwielbiamy dania na słodko. Przygotowujemy tak śledzia, a na święta również kapustę i mięso. Ziemniaki marynowane można kupić w słoikach lub zrobić samemu. To bardzo proste. Na kilogram ziemniaków potrzeba 50 gramów białego cukru. Tyle samo masła. Najpierw trzeba cukier zbrązowić na patelni, dodać masło, a na koniec ziemniaki. W ten sam sposób Duńczycy przygotowują również białą kiełbasę. Zamiast cukru można użyć też piwa karmelowego - tłumaczy Anders, zaglądając do piekarnika.

Na stół trafiają m.in. ogórki z wyglądu przypominające nasze pikle, z tym że znacznie ostrzejsze. Po chwili z kuchni dobiega przyjemny zapach pieczeni. To sporych rozmiarów wieprzowa szynka. Wcześniej natarta ziołami i przyprawami została upieczona razem ze skórą. Gospodarz stawia ją na środku stołu i kroi grube, soczyste kawałki. Każdy ze smakiem zabiera się do jedzenia. Mięso polane ciemnym sosem z dodatkiem słodkich ziemniaczków i pikli smakuje wybornie. Gruba skóra nabrała chrupkości i smaku bekonu. Popijając wszystko duńskim piwem Anders opowiada, jak trafił do Polski. - 8 lat temu jedna z duńskich firm budująca chlewnie skierowała mnie do pracy w Przechlewie. Polscy rolnicy mieli pieniądze i chęci do inwestowania, ale był spory opór społeczeństwa wobec budowy dużych zakładów chowu trzody chlewnej. Ostatecznie projekt upadł - opowiada Anders. Z salonu do naszych uszu dochodzi znany motyw muzyczny, popularnej również w Polsce serii duńskich filmów „Gang Olsena”. - Na płycie DVD mam oryginalną wersję tego filmu. Filmy są znane i lubiane również w Danii. Zawsze wracam do nich, gdy chcę poprawić sobie humor - mówi Anders.

Chlewni w Polsce nie wybudował, ale dzięki pracy w Przechlewie poznał swoją przyszłą żonę Urszulę. - Zupełnie przypadkiem spotkaliśmy się w jednej z człuchowskich dyskotek. On przyszedł tam ze swoim kolegą, a mnie wyciągnęła koleżanka. Nocowałam u niej, gdy przyjechałam do Wojskowej Komisji Uzupełnień. Starałam się o skierowanie na misję do Iraku. Nie wyjechałam, ale poznałam Andersa - śmieje się Urszula. To za jej sprawą, gdy skończył mu się kontrakt w Przechlewie, postanowił pozostać w Polsce. - Założyłem własną firmę. Nie przynosiła dochodów, dlatego zacząłem szukać innego zajęcia. Znalazłem pracę w Grene. Dbałem o zaopatrzenie magazynów w prawie całej wschodniej Europie. Często latałem do Czech i Rosji. W kontaktach przydawała mi się znajomość języka polskiego. Pracowałem głównie przez internet, dlatego po ślubie szukaliśmy domu, który miał dobre łącze. I tak zamieszkaliśmy w Studzienicach - opowiada Anders.

W Studzienicach pozostał, choć dziś ma zupełnie inną pracę. Zarządza ponad 100-hektarową plantacją świerka kaukaskiego pod Słupskiem. - Pewnego dnia odebrałem telefon z Danii. Ktoś zapytał, czy nie miałbym ochoty zająć się uprawą świątecznych drzewek. Wiązało się to z ciężką fizyczną pracą. Postanowiłem jednak spróbować - mówi z pasją o swoim nowym zajęciu. - Obsadzenie i pielęgnacja jednego hektara świerka kaukaskiego kosztuje 250 tys. zł. To ciężka praca. Do kwietnia obcinamy choinkom czubki. Potem przychodzi pora na nasadzenia młodych drzewek. Plantacja musi być opryskana preparatem przeciw pędrakom. Trzeba również dbać o ogrodzenie systematycznie niszczone przez dziką zwierzynę. W czerwcu rozpoczyna się smarowanie czubków choinek specjalnym preparatem, który zapobiega zbyt szybkiemu wzrostowi. Sprzedaż rusza już na początku listopada, a kończy się ok. 9 grudnia. W ubiegłym roku nasza firma od Szkocji po Dubaj w Indiach sprzedała 790 tys. drzewek. Mam satysfakcję, wiedząc, że dzięki nam tyle domów na całym świecie miało przyjemne święta - mówi Anders.

Za sprawą swoich obowiązków często pracuje do późnego wieczora. Dlatego musiał zrezygnować z niektórych przyzwyczajeń wyniesionych z rodzinnego domu. - W Polsce śniadanie ogranicza się najczęściej do kanapki np. z wędliną. Duńczyk ceni sobie różnorodność. Śniadanie musi składać się z białego chleba, sera, jajka, musli i oczywiście śledzia. Jest nawet takie powiedzenie: jak Duńczyk nie zje śledzia, to go głowa boli. Dopiero o godz. 12.00 zjada się kanapki przygotowane w domu. Konieczne muszą być zrobione z ciemnego chleba. Do tego każda ćwiartka jest z czymś innym. Z jajkiem, szynką, serem lub śledziem. Aby się nie skleiły, każdą cząstkę przekłada się pergaminem - mówi żona Andersa, której udało się go w końcu przekonać do „polskich” kanapek. Teraz codziennie pakuje mu je do pracy.

Anders systematycznie służbowo odwiedza Danię, gdzie mieści się siedziba jego firmy. Zawsze jednak jak najszybciej wraca do swojego domu na Kaszubach, w którym czekają żona, dzieci i komoda po dziadku.