Szwajcar po bytowsku


Witold Wantoch Rekowski

szwajcarChociaż Martin Strasser urodził się w szwajcarskich Alpach, jakieś 1400 km od Bytowa, to z Kaszubami postanowił związać swoje życie i tu m.in. projektować elektroniczne układy do pociągów jeżdżących pod Genewą.

Do Polski po raz pierwszy przyjechał na zlot młodzieżowy do Krosna w 1989 r. - To był gorący okres przemian w Europie Wschodniej. Fascynowało mnie, jak rodzi się wolny kraj. Niewiele wiedziałem o Polsce. Tylko tyle, że należała do bloku wschodniego - opowiada Martin Strasser zakładając kuchenny fartuch. W obszernych szafach kuchni połączonej z jadalnią i salonem szuka czegoś bez pośpiechu. Po chwili na blacie kuchennych lądują niewielki talerzyk, deska do krojenia i nóż. - Najpierw musimy pokroić cebulę - mówi Martin, który postanowił przygotować dla nas zapiekankę przyrządzaną przez alpejskich pasterzy. Jej główne składniki to ziemniaki, makaron i ser. - Najlepiej użyć oczywiście szwajcarskiego, wyrabianego z niepasteryzowanego mleka krów pasących się na alpejskich halach i dojrzewającego w piwnicach. Jest bardzo aromatyczny i wbrew stereotypom nie ma dziur jak ser ementalski. Gdy jadę do domu lub w sprawach zawodowych do Szwajcarii, przywożę parę kilogramów. Z ostatniej wyprawy już mi nic nie zostało, dlatego musimy zadowolić się zwykłym żółtym serem kupionym w jednym z bytowskich sklepów - mówi z uśmiechem Martin.

 

Wykładając na talerz trzy niewielkie cebule nasz gospodarz kontynuuje opowieść o pierwszych wizytach w Polsce. - W telewizji słyszałem o Stoczni Gdańskiej. Nie mogłem nie zobaczyć kolebki polskiej demokracji. Wraz ze znajomymi postanowiłem wybrać się do niej. Pojechaliśmy pociągiem. To była długa podróż, dlatego mieliśmy dużo czasu na nawiązywanie znajomości. Zupełnym przypadkiem trafiliśmy na człowieka, który mając rodzinne związki ze Szwajcarią mieszkał w Gdańsku. Spędziliśmy u niego trochę więcej czasu, niż początkowo planowaliśmy. Zaprzyjaźniliśmy się - mówi Martin.

szwajcarPo studiach na wydziale elektroniki w 1991 r. ponownie odwiedził Polskę. Tym razem na dłużej, na trzy miesiące. Cały ten czas spędził w Gdańsku. Utrzymywał kontakty z trzema kolegami ze Szwajcarii, którzy odbywali tu praktyki studenckie. - Jednego z moich znajomych ktoś zaprosił do siebie na weekend. Zabrał mnie ze sobą. Tak autobusem po raz pierwszy dotarłem do Bytowa. Owym znajomym okazał się Leszek Szymczak. Bardzo sympatyczny i wesoły człowiek, dlatego szybko się zaprzyjaźniliśmy - wspomina Martin, jednocześnie wolno, precyzyjnie krojąc plasterki cebuli, uważając, aby powstało jak najwięcej równej grubości kółek. - Muszę się przyznać, że rzadko gotuję, ale z kuchnią miałem styczność w wojsku, gdzie każdy Szwajcar trafia na dwa, trzy tygodnie w roku. Przygotowywałem tam posiłki razem z wicemistrzem Europy w gotowaniu. Pamiętam, że używaliśmy ogromnej ilości cebuli - śmieje się nasz gospodarz.

Szybko wraca do opowieści o tym, jak losy rzuciły go do Bytowa. - Po krótkich wakacjach w Polsce wróciłem do swojego kraju. Przez 5 lat pracowałem w wyuczonym zawodzie. Projektowałem układy elektroniczne wykorzystywane w przemyśle. W drugiej połowie lat 90. Polska jawiła się jako miejsce nowych możliwości. Dlatego to tu postanowiłem spróbować swoich sił. Na początku nie było to takie proste. Większość moich klientów mieszkała w Szwajcarii, nie było internetu, utrzymywałem z nimi kontakt głównie telefoniczny - mówi Martin.

szwajcarOstatecznie o pozostaniu na obczyźnie zdecydował fakt, że w Bytowie poznał swoją przyszłą żonę. - Pracuję przede wszystkim dla szwajcarskich firm produkujących układy elektroniczne. Wykorzystywane są m.in. w pociągach, np. do informowania pasażerów o tym, do której stacji dojeżdżają. Moim największym zleceniodawcą jest producent bramek przeciwkradzieżowych stosowanych w domach towarowych - mówi Martin, który większość czasu spędza w domowym biurze, łącząc się ze współpracownikami za pośrednictwem internetu. Dzięki temu do Szwajcarii musi jeździć najwyżej raz na dwa miesiące. Stara się jednak kultywować tradycje i przyzwyczajenia wyniesione z rodzinnego domu. Czasami w ramach niedzielnego obiadu przygotowuje coś ze szwajcarskiej kuchni. Na jednej ze ścian salonu wisi akwarela przedstawiająca charakterystyczny dla Alp budynek konstrukcji ryglowej. - To dom moich rodziców, w którym się wychowałem. Ma 150 lat. Obecnie mieszka tam mój starszy brat. Przejął 16-hektarowe gospodarstwo i przestawił je na produkcję ziół. Hoduje też krowy. Oprócz tego, że dają mleko, z którego robi się tradycyjny alpejski ser, spełniają ważną rolę, bo pasą się na zboczach, gdzie zimą jeżdżą narciarze. Krajobraz jest trochę podobny do tego na Kaszubach, z tą różnicą, że na horyzoncie widać góry Jura - mówi Martin.

Nie przerywa pracy. Krążek po krążku cebuli - wcześniej obtoczony w mące - trafia na skwierczący na patelni tłuszcz. - Smażymy, aż cebula nabierze koloru brunatnego i delikatnej chrupkości. To danie przygotowywali szwajcarscy górale, którzy ponad 130 lat temu budowali tunel św. Gotarda łączący miasto Göschenen z Airolo przez Przełęcz Świętego Gotarda.Pracę znalazły tam tysiące ludzi. Niektórzy przynosili ze sobą makaron z sąsiednich Włoch. Był nie tylko pożywny, ale i wyjątkowo praktyczny. W góry oprócz sera, mleka i śmietany trzeba było nosić całą żywność. Makaron jest bardzo lekki, dlatego szybko zyskał popularność i na stałe znalazł się w menu alpejskich pasterzy. Z praktycznych względów zmieszali go z lokalnymi produktami. Tak powstała zapiekanka, w której makaron połączono z tańszymi ziemniakami oraz serem, którego akurat było pod dostatkiem - mówi Martin.

szwajacrPodczas gdy usmażone krążki cebuli ociekają z tłuszczu na papierowym ręczniku, Martin obiera ziemniaki i kroi je w kostkę. Gdy w misce urósł spory kopczyk, gospodarz nastawia piekarnik na temperaturę 100 stopni Celsjusza i z szafy wyjmuje torebkę makaronu. - Wszystko przygotowujemy w jednym naczyniu. W górach przecież nie było wygód i nowoczesnej kuchni - mówi z powagą. Do naczynia z aptekarską precyzją wlewa wodę. - Jeszcze trochę muszę dolać. To bardzo ważne, bo w wodzie trzeba ugotować zarówno ziemniaki, jak i makaron - tłumaczy Martin, zalewając ziemniaki. Po kilku minutach gotowania, gdy zmiękły, do garnka wsypuje makaron. Mieszając czeka, aż woda się wygotuje i masa nabierze odpowiedniej konsystencji. - Szwajcarzy jak już coś robią, to starają się to robić dobrze. Zegarki to wyrób, który wymyślono z biedy. Nie ma surowców naturalnych, a do zrobienia zegarka wystarczy przysłowiowy kawałek blaszki - wyjaśnia, wysypując ziemniaczano-makaronową mieszankę do żaroodpornego naczynia. Między trzy warstwy trafia wcześniej starty ser. Gdy naczynie jest wypełnione po brzegi na wierzchu układa zrumienione krążki cebuli. Całość ląduje w nagrzanym już piekarniku. - Wystarczy 15 minut, tak aby ser się stopił, i można jeść! - mówi Martin, patrząc w głąb kuchennego piekarnika.

szwajcarPo chwili wszyscy siedzimy przy stole, razem z żoną Martina i trzema córkami w wieku 10, 8 i 4 lat, które jedząc zapiekankę, łakomie patrzą na marchewkowy tort, z wbitą na szczycie miniaturową szwajcarską flagą. - Jest bardzo popularny w moim kraju. Mama piekła taki na każde moje urodziny. Na wierzchu powinien mieć marcepanowe marchewki. W Szwajcarii można je kupić w każdym sklepie, tu niestety nie do dostania - mówi Martin, otwierając wino. Popijamy nim alpejską zapiekankę z ziemniaków i makaronu, z dodatkiem roztopionego żółtego sera i chrupiącymi krążkami cebuli. Zgodnie ze zwyczajem wszystko z odrobiną jabłkowego musu.