Polak w 3/4


Witold Wantoch Rekowski

rosjaninNazywam się Stanisław Walkowiak. Prawie całe życie spędziłem na obszarze obecnego Imperium Rosyjskiego - tak rozpoczyna opowieść - jak mówi o sobie - Polak w 3/4.

Jeden z jego dziadków był Ukraińcem, jednak ten, którego nazwisko nosi, przez wiele lat mieszkał w Bytowie. - Był lekarzem, ordynatorem tutejszego szpitala od połowy lat 50. do 70. O tym, że był powszechnie szanowany, przekonałem się wiele razy, gdy kilka lat temu przyjechałem do Bytowa - mówi Stanisław Walkowiak, który zaprosił nas do swojego domu przy ul. Kościuszki w Bytowie. Popularny w latach 60. i 70. niegrzeszący urodą klocek wybudował jego dziadek. We wnętrzu panuje słowiański rozgardiasz. Na kuchennym stole obok opakowania z herbatą leżą kawałki miedzianej rury. Obok połówki pomidora i talerzyka z resztkami po śniadaniu, pędzel. W oknach brakuje firanek, a na ścianach bieleją nieregularne kształty miejsc po niedawnych poprawkach tynku zaprawą gipsową. Gospodarz jednym ruchem ręki odgarnia ze stołu wszystko co do tej pory na nim stało i na pierwszy plan stawia miseczkę z mielonym mięsem przykrytą kuchennym ręcznikiem. - Aby to gotowanie poszło sprawniej, trochę się przygotowałem - mówi przy tym. Widząc, jak się rozglądamy, dodaje szybko z wyraźnie rosyjskim akcentem: - Próbuję remontować dom. Pensja niewielka, dlatego wolno mi to idzie.

 

rosjaninWiększość swojego życia spędził w Rosji, chociaż gniazdo rodzinne to Stara Kiszewa. - Dziadek świetnie mówił po niemiecku i kaszubsku. Gdy wybuchła wojna, uczył się w Poznaniu. Stamtąd trafił do polskiego wojska, a później do niewoli rosyjskiej, gdzie nauczył się języka Puszkina - opowiada z wyraźną czcią S. Walkowiak. - Dobrze go pamiętam, choć miał mało czasu dla wnuka. Prawie ciągle był w pracy. Podobno w Bytowie nawet funkcjonowało powiedzenie, że „oberwiesz tak, że nawet Walkowiak ci nie pomoże”. Był dobrym lekarzem. Nauki pobierał od samego Feliksa Skubiszewskiego, pierwszego rektora i patrona Akademii Medycznej w Lublinie. Gdy przyjeżdżałem do Bytowa na wakacje, zabierał mnie na przejażdżki swoim samochodem. Podobno miał jeden z dwóch, które wtedy były w mieście. W 1975 r. miałem 7 lat i wrażenie, że Polska kwitła. Dla mnie to był prawdziwy Zachód. W sklepach półki pełne słodyczy, o których w Rosji nawet się nie śniło. Od dzieci, z którymi bawiłem się na podwórku, nauczyłem się powiedzenia. Pamiętam je do dziś: „nie ma mięska, nie ma serka, nie lubimy Gierka”. Wtedy nie wiedziałem, o co im chodzi. Przecież nie było tak źle - opowiada S. Walkowiak, wsypując do metalowej miski mąkę. To główny składnik ciasta na pielmienie, sztandarowego dania rosyjskiej kuchni, które tego wieczoru chciał dla nas przygotować nasz gospodarz.

- W latach 70. razem z rodzicami mieszkałem w liczącym 650 tys. mieszkańców Riazaniu. Na sklepowych półkach było niewiele towaru, dlatego ludzie handlowali. Za butelkę wódki można było ze wsi przywieźć pół świniaka. Chcąc coś kupić, musieliśmy jechać do odległej o 180 km Moskwy. Do obecnej stolicy można było się dostać kolejką elektryczną. Podróż trwała 4,5 godziny. Tamtejsze sklepy były lepiej zaopatrzone, a towar pierwszego gatunku. Dopiero za Breżniewa nieco się poprawiło i było prawie tak jak za Gierka w Polsce - mówi S. Walkowiak, nalewając do szklanki odrobinę wody. - Zanim mąkę wymieszamy z jajkiem i wodą musimy ją przesiać. Kiedyś gospodynie robiły to również po to, aby pozbyć się robaków, które czasami dostawały się do worków - mówi, mieszając rękami składniki. Klejące początkowo ciasto stopniowo zaczyna zamieniać się w elastyczną masę. - Gdy jest gotowe, odkładamy je na chwilę i przykrywamy - mówi pan Stanisław. Jego wzrok pada na przygotowaną wcześniej miseczkę mielonego mięsa...

rosjaninCo sprawiło, że urodził się i zdecydowaną większość z 44 lat swojego życia spędził w dawnym Związku Radzieckim? - Ojciec w ramach wymiany studentów państw Układu Warszawskiego wybrał naukę na uniwersytecie w Kaliningradzie. Tam poznał moją matkę, pół Polkę, studentkę medycyny, i tak w 1968 r. urodziłem się ja. Przez kilka lat mieszkaliśmy razem. Ojciec postanowił wrócić do kraju, ja zostałem z matką - streszcza skomplikowaną historię swojego życia. O tym, że jako dorosły już człowiek wrócił do miejsca, w którym żyli jego przodkowie, zdecydował przypadek. - Czułem się Polakiem, ale nie miałem możliwości przyjazdu do kraju. Potrzebowałem wizy. Trudno było też znaleźć pracę. Po ukończeniu studiów na tym samym uniwersytecie co ojciec, miałem okazję trochę się dokształcić, a przy okazji zarobić w Holandii. W 2004 r. w drodze powrotnej odwiedziłem ciotkę w Koszalinie. Namówiła mnie do pozostania. Dzięki jej pomocy znalazłem pracę jako spedytor w firmie transportowej w Białogardzie. Znając język rosyjski załatwiałem formalności na granicy - mówi S. Walkowiak.

Pewnego dnia dostał sygnał, że jego ojciec, który mieszkał w Bytowie, trafił do szpitala. Nie miał się nim kto zaopiekować. - I tak w 2007 r. trafiłem tutaj. Na początku było ciężko. Rozważałem nawet zabranie go do Rosji. Ale pomogło mi nazwisko. Sporo osób pamiętało mojego dziadka i to otwierało drzwi do wielu miejsc. Poczułem, że jestem w domu - mówi S. Walkowiak. Dwa lata temu ojciec zmarł. On jednak został i układa sobie życie w Bytowie. rosjaninAle z nostalgią wspomina spędzone w Rosji dzieciństwo i młodość. Z tego okresu zachował kilka przyzwyczajeń. - W pielmienienajważniejsze jest mięso. Mniej ważne są jego gatunki. Może to być wieprzowina, ale na północy Rosji także renifer. W trudnych warunkach, gdy nie było maszynki do mielenia, radzono sobie w inny sposób. Mięso kroiło się w plastry, brało kamień lub młotek i w ten sposób rozdrabniało. Cebule po obraniu trzeba posiekać i zasmażyć na maśle na jasnozłoty kolor. Jeżeli jest, można też dodać czosnku, który wcześniej trzeba rozetrzeć z łyżeczką soli - mówi S. Walkowiak, mieszając ze sobą wszystkie składniki farszu. Dodaje trochę soli i pieprzu. Gdy wszystko jest już zwartą masą, gospodarz zaczyna formować ok. centymetrowe mięsne kulki. Jedna po drugiej lądują na blacie stołu obok miski z mięsem. - Rosjanin musi zjeść obfite śniadanie. W przeciwieństwie do Polaka, którego posiłek często ogranicza się do kawy. Chłop musi się najeść, aby miał siły pracować, dlatego w Rosji na śniadanie najczęściej je się gotowane ziemniaki, parówkę, jajko. A wszystko popija herbatą lub kawą rozpuszczalną. Nikt nie robi kanapek do pracy, bo w zakładach są stołówki. Przerwa śniadaniowa jest o godz. 12.00. Trwa nie jak tutaj 20 minut, ale godzinę. Dlatego można wyjść do miasta i załatwić parę spraw. Duże znaczenie dla Rosjan ma alkohol. Chociaż to zakazane, pije się go również w czasie przerw w pracy. Ciekawostką jest, że większość doszła do perfekcji i bez problemu pod stołem, nie patrząc, „na słuch” rozlewa pół litra na trzy równe części, nie myląc się nawet o gram. Pewnie dlatego Gorbaczow, który chciał to zmienić, ograniczając w kraju m.in. produkcję alkoholu, nie jest tak popularny w Rosji jak na Zachodzie - opowiada S. Walkowiak.

rosjaninRozkłada kolejne kulki pielmienie. - Picie wódki w Rosji ma swój rytuał. Ściśle wiąże się z jedzeniem. Każdy przy stole, podnosząc kieliszek, wznosi toast. Pierwszy za zdrowie wszystkich. Drugi za rodziców. Przy trzecim - za nieobecnych zmarłych - nie można stuknąć się kieliszkami. Piciu zawsze towarzyszą jakieś potrawy - mówi S. Walkowiak. Wyciąga z miski sporą kulę przygotowanego wcześniej ciasta. Przez chwilę ugniata je w dłoniach i zaczyna odrywać mniejsze kawałki. Zamiast wałka do jego rozgniatania używa palców. Gdy krążki mają grubość ok. centymetra, na środek nakłada łyżeczką odrobinę mięsnego farszu. Potem zakleja brzegi, nadając całości półokrągły kształt. Gdy wszystkie są gotowe, wędrują na deseczkę, skąd jeden po drugim trafiają do garnka z wrzątkiem.

- Musimy uważać, aby temperatura wody nie spadła, bo wtedy kulki się zlepią. Gdy wypłyną na powierzchnię, oznacza, że są gotowe. W zimnych rejonach Rosji kulki po ulepieniu pakowane są w bawełniane worki i wystawiane na mróz. Przechowywane w ten sposób są zawsze świeże i - co ważniejsze - zabezpieczone przed gryzoniami. W takiej postaci można je też szybko przygotować dla kogoś, kto przyszedł akurat głodny. Dlatego pielmienie zawsze robi się na zapas - mówi S. Walkowiak, wyciągając z szafy zakurzony samowar, który przywiózł na pamiątkę z Rosji. - Pielmienie najlepiej smakują ze śmietaną, uprzednio podsmażone na rozgrzanym maśle. A do tego obowiązkowa jest herbata. Oczywiście z samowaru - mówi nasz gospodarz, rozkładając na stole talerze...